Najpierw pojawiły się butelki – jedna zaklinowana w żywopłocie, druga połyskująca słabo z dna basenu. Arthur Caldwell wyławiał je po cichu, odkładając na bok ze zmarszczonym czołem, a jego ręce pachniały chlorem i stęchłym piwem. Każde odkrycie ciążyło mu na piersi, przypominając, że ktoś tu był, kiedy jego nie było.
Żadnych twarzy, żadnych głosów – tylko posmak wtargnięcia. Basen, niegdyś jego schronienie, teraz wydawał się niespokojny, nosząc małe, ale niezaprzeczalne ślady obcych. Arthur szukał wyjaśnień, które miałyby sens: przechodzące dzieci, dryfujący przez podwórko, nieostrożni goście, których nigdy nie zauważył. Ale żadne z nich nie utkwiło mu w pamięci.
Teraz stał nad brzegiem wody, z chemicznym posmakiem w powietrzu, obserwując, jak mętna powierzchnia faluje słabo na wietrze. Był nauczycielem, mężem, człowiekiem, który żył według zasad i porządku. Ale tutaj, w sanktuarium, które kochała jego żona, czuł się bezsilny – zredukowany do zmęczonego starca, niepewnego, kto zajął jego cichą przestrzeń jako swoją.
Arthur Caldwell przywykł do ciszy. Jego dom, niegdyś ożywiony delikatnym szuraniem kapci żony i słabym szumem jej ulubionej stacji radiowej, teraz odbijał się echem małych dźwięków, które wydawał, aby wypełnić pustkę.

Odgłosy sztućców uderzających o porcelanę, syk czajnika, miarowe stukanie butów na patio. Jego dni były przemyślane. Emerytowany nauczyciel chemii, znalazł cel w konserwacji: róż, które zasadziła, dębowej balustrady, którą podziwiała, a przede wszystkim basenu, który pielęgnowała.
Każdego ranka badał wodę, precyzyjnie odczytując paski pH, szorując powierzchnię, aż lśniła jak szkło. To nie była tylko pielęgnacja. To była pamięć. Każde czyste odbicie przypominało mu o jej uśmiechu, o wieczorach, kiedy pływała pod gwiazdami, o porankach, kiedy namawiała go na okrążenia przed śniadaniem.

Ale kiedy Arthur nie zajmował się domem, znajdował spokój nad rzeką. Wędkarstwo zawsze było jego cichym azylem. Z wędką i termosem w ręku potrafił godzinami wsłuchiwać się w szum wody, cierpliwy w sposób, na jaki pozwalał mu tylko wiek i samotność.
Połów nie miał większego znaczenia. Liczył się spokój. To właśnie podczas jednej z takich wypraw wędkarskich Arthur po raz pierwszy zauważył przybyszów. Kiedy wjechał z powrotem do sąsiedztwa, jego podwórko było jeszcze wilgotne od popołudniowego słońca, a obok ciężarówka do przeprowadzki blokowała podjazd.

Na trawniku piętrzyły się pudła, z głośnika sączyła się muzyka, a głosy niosły się przez żywopłot. Arthur zatrzymał się na werandzie i obserwował. Nowa rodzina była głośna, ich ruchy szybkie i nieostrożne, ich śmiech ostry na tle szumu letniego powietrza.
Kiedy się zatrzymał, zobaczył, jak sąsiadka spogląda w stronę jego basenu. Jej spojrzenie zatrzymało się na wodzie, niemal oceniając, zanim wróciła do pudełek. Zaniepokoiło go to w sposób, którego nie potrafił nazwać. Uprzejmość miała jednak znaczenie.

Przeszedł przez trawnik i podniósł rękę na powitanie. “Witam. Jestem Arthur Caldwell. Witam Mąż ledwo podniósł wzrok. “Tak – mruknął, wpatrując się w swój telefon. Kobieta w ogóle go nie zauważyła.
Arthur odczekał jeszcze chwilę, po czym skinął sztywno głową i wrócił do domu. Ukłucie było małe, ale prawdziwe. Kiedyś sąsiedzi wymieniali się chlebem, przepisami, serdecznością. Ci nawet nie zawracali sobie głowy słowami.

Wmawiał sobie, że to nie ma znaczenia. Niektórzy ludzie nie byli sąsiadami. Miał swoje róże, swój basen, swoje wędkowanie. To wystarczyło. Następnego ranka Arthur wyruszył wcześnie nad rzekę. Godziny mijały łatwo, żyłka się kołysała, herbata stygła w termosie.
Na chwilę zapomniał o ciszy panującej w domu, zapomniał o sąsiadach, zatracając się w jednostajnym rytmie wody i oczekiwania. Kiedy wrócił po południu, wrócił do swojej rutyny. Zaparzył herbatę, przeczytał gazetę, wyszedł na zewnątrz sprawdzić basen.

Na pierwszy rzut oka nic nie wyglądało źle. Woda delikatnie falowała, a światło słoneczne rzucało swój zwykły blask. Omiótł wzrokiem powierzchnię, sprawdził poziom chloru i wrócił do środka. Ale w ciągu następnych dni coś się zmieniło.
Wracając z wypraw wędkarskich, zaczął zauważać szczegóły, których nie mógł odrzucić. Krzesło odsunięte nieco na bok. Mokry ślad schnący na kamieniu patio. Słaby, tłusty połysk na wodzie, jakby zmył się do niej krem z filtrem przeciwsłonecznym.

Potem pojawiły się butelki. Jedna przy żywopłocie. Kolejna zatonęła na dnie basenu, błyszcząc jak nieme wyzwanie. Arthur wyłowił ją siatką, serce mu zamarło, gdy postawił ją na patio. Nigdy nikogo nie widział.
Ani razu. Ale znaki stawały się coraz trudniejsze do zignorowania. Powoli do jego umysłu wkradła się myśl, która ścisnęła mu klatkę piersiową: kiedy go nie było, ktoś tu był. Arthur zaczął skracać swoje wyprawy na ryby.

Na początku tylko o godzinę, potem o pół poranka, aż w końcu zupełnie przestał jeździć. Wmawiał sobie, że to z powodu wieku, że droga nad rzekę jest coraz dłuższa, a słońce coraz gorętsze. Ale prawda go gryzła: nie mógł się zrelaksować, wiedząc, że ktoś może korzystać z basenu podczas jego nieobecności.
Coraz częściej spoglądał przez okno, zwracając uwagę na najsłabsze dźwięki na zewnątrz. Za każdym razem, gdy w nocy okrążał podwórko z latarką, żywopłoty i stojąca woda drwiły z niego swoją ciszą.

Jednak następnego dnia pojawiały się nowe znaki: smuga błota na kafelkach, zawiniątko przyklejone wilgotnym tynkiem do odpływu. Czuł się niespokojny, jak więzień we własnym domu. Pewnego popołudnia znalazł coś innego. Na krześle na patio leżała koszulka, wyblakła na słońcu i wilgotna od chloru.
Arthur zamarł, wpatrując się w nią. To nie były butelki czy opakowania, które mogły zostać zdmuchnięte. To było osobiste, celowe. Ktoś tu był, na tyle wygodnie, że zostawił kawałek siebie.

Nie wniósł jej do środka. Zamiast tego położył koszulę na oparciu krzesła, gdzie wcześniej leżała, mając nadzieję, że ktokolwiek ją zostawił, wróci po nią. Może poczułby ukłucie bycia zauważonym. Może przestanie.
Następnego dnia koszula zniknęła. Arthur powiedział sobie, że być może ktokolwiek ją zostawił, po prostu po nią wrócił. Może należała do przechodzącego nastolatka lub kogoś, kto przechodził przez podwórko, na tyle zawstydzony, że zabrał ją po cichu w nocy.

Chciał wierzyć, że jest jeszcze jakieś nieszkodliwe wytłumaczenie. Ale kilka dni później, gdy wyjrzał przez kuchenne okno, zobaczył mężczyznę stojącego obok na podjeździe, rozciągającego się i ziewającego. Miał na sobie koszulę.
Tę samą, którą Arthur znalazł rozłożoną na krześle na patio, wilgotną od chloru i słońca. Arthurowi oddech uwiązł w gardle. Wszelkie wątpliwości, których się trzymał, wszelkie wymówki, które wymyślił, zniknęły. Teraz już wiedział.

Arthur czekał do następnego popołudnia, aby do nich podejść, z butelką w ręku – jedną z wielu, które zebrał z żywopłotu i basenu. Para znajdowała się na werandzie, muzyka brzęczała z głośnika, a ich śmiech był zbyt ostry w popołudniowym powietrzu.
Oczyścił gardło. “Przepraszam – powiedział, podnosząc butelkę. “Ciągle znajduję je na moim podwórku. W basenie. Pompa zatkała się w zeszłym tygodniu i nie jest mi już łatwo nadążyć. Czy mógłbyś trzymać się z dala od basenu? Albo przynajmniej najpierw mi o tym powiedzieć?”

Mąż spojrzał na butelkę, a potem z uśmiechem na Arthura. “Co to miało znaczyć? Myślisz, że mamy czas na wygłupy w twoim basenie?” Arthur spojrzał na koszulę rozpiętą na jego klatce piersiowej. “Znalazłem ją porzuconą na moim podwórku
Żona zadrwiła, składając ręce. “Wyobrażasz sobie różne rzeczy. Ludzie przechodzą tędy cały czas. Może to były dzieci. Nie przychodź tu i nie obwiniaj nas tylko dlatego, że nie potrafisz zadbać o swój basen

Arthur zacisnął szczękę. Stał tam, butelka kapała mu z dłoni, a słowa miotały się między gniewem a wyczerpaniem. Pomyślał o swojej żonie, o wodzie, którą kochała i o tym, że każde nieostrożne zaprzeczenie było jak kolejna rysa na jej pamięci.
W końcu skinął głową i odszedł, bezsensownie uciskając ramiona niczym ciężar. Arthur szedł powoli przez trawnik, każdy krok był cięższy od poprzedniego. Butelka wciąż wisiała w jego dłoni, zimna i wilgotna, choć prawie zapomniał, że ją trzyma.

Ich słowa powtarzały się w jego głowie, ostrzejsze z każdym echem: Nie przychodź tu i nie obwiniaj nas. Może to były dzieci. To nie było tylko zaprzeczenie. To było odrzucenie. Nie patrzyli na niego jak na sąsiada, ani nawet jak na człowieka zasługującego na szacunek, ale jak na starego utrapieńca, którego trzeba odsunąć na bok.
Ich śmiech powrócił niemal natychmiast, gdy tylko się odsunął, teraz głośniejszy, jakby kpili z jego próby zachowania godności. Arthur odstawił butelkę na ladę. Opłukał ręce, szorując je mocniej niż było to konieczne, jakby ich słowa przylgnęły do jego skóry.

Przez dłuższą chwilę stał w kuchni, wpatrując się w basen przez szybę. Woda poruszała się pod wpływem wiatru, niosąc ze sobą delikatną mgiełkę, której wcześniej nie było. Pomyślał o wezwaniu policji, ale już wiedział, jak to się skończy.
Nie mając nic poza odciskami stóp, butelkami i własnym słowem, wzruszyliby ramionami, może wysłaliby kogoś na uprzejmą rozmowę. Nic by to nie zmieniło. Nie bardzo. Postanowił więc obserwować. Tej nocy Arthur siedział przy oknie w kuchni, przy zgaszonym świetle, z kubkiem herbaty stygnącej obok niego.

Basen leżał w świetle księżyca, szklisty i cierpliwy. Próbował nie zasnąć, sprawdzając zegar co godzinę, nasłuchując najsłabszego dźwięku za ścianami. Wiek jednak nie dawał mu spokoju i zanim położył się do łóżka, powiedział sobie, że być może już skończyli.
Być może wiadomość dotarła. Następnego ranka żołądek mu opadł. Na dnie basenu, połyskując słabo przez mętną wodę, znajdowała się kolejna butelka. Bezczelna, pozostawiona tam jak wizytówka.

Arthur sięgnął po sieć, zanurzył ją w wodzie i wyciągnął butelkę, śliską od chloru. Ręce mu się trzęsły – tym razem nie ze starości, ale z czegoś bliższego wściekłości. Arthur zawahał się przed otwarciem szopy.
Choć myśl o wybieleniu wody zaczęła wydawać mu się jedyną opcją, wiedział, że nie może działać bez uprzedniego powiedzenia czegoś. Nie był okrutnym człowiekiem. Całe życie uczył zasad, bezpieczeństwa i odpowiedzialności.

Nawet teraz chciał wierzyć, że uprzejmość wciąż ma znaczenie. Przeszedł więc przez trawnik i zapukał do drzwi sąsiadów. Para pojawiła się po chwili przerwy, mąż oparty o framugę, żona stojąca tuż za nim, ze skrzyżowanymi ramionami.
Arthur zachował spokojny, niemal swobodny głos. “Chciałem poinformować, że będę czyścił basen. Woda się zabrudziła. Na jakiś czas wyłączę pompę i użyję silniejszych środków chemicznych, aby ją zrównoważyć”

“Jeśli to nie ty korzystasz z basenu, to nie twoja sprawa, ale pomyślałam, że powinnam cię uprzedzić Mąż przewrócił oczami. “Dlaczego nam o tym mówisz? Arthur odchrząknął. “Ponieważ gdyby ktoś zdecydował się skorzystać z basenu, nie byłoby to dla niego bezpieczne
Żona prychnęła. “Stary, już ci mówiliśmy, że nie obchodzi nas twój basen. Nie zawracaj nam nim głowy. Jeśli nie potrafisz utrzymać go w czystości, to twój problem” Arthur kiwnął głową, czując ciężar daremności w swojej piersi.

“Bardzo dobrze – powiedział cicho i zawrócił przez trawę. Ich głosy podniosły się za nim niemal natychmiast, śmiech był ostry i lekceważący, jakby jego obecność była niczym więcej niż krótką przerwą.
Tej nocy, z ich pogardą wciąż odbijającą się echem w jego umyśle, Arthur otworzył szopę. Słaby chemiczny posmak przywitał go jak starego kolegę. Wyciągnął wannę z granulkami chloru i butelki z domowym wybielaczem, ustawiając je starannie wzdłuż kamieni patio.

Ręce mu nie drżały, choć czuł ucisk w klatce piersiowej. Odmierzył dawki ostrożnie, ale mocniej niż zwykle. Granulki rozsypały się po powierzchni, rozpuszczając się w blade wstążki, które zwijały się w dół.
Wybielacz podążał za nimi, gęste strumienie cieczy skręcały się w mętne smugi, rozprzestrzeniając się szybko pod wpływem szumu pompy. W ciągu kilku minut ostry, gryzący zapach unosił się w powietrzu, szczypiąc w oczy i nos. Arthur stał i patrzył, jak woda zamienia się w dziwną, spienioną mgiełkę.

Nie przypominała już basenu, który kochała jego żona. Zniknęła szklista tafla, po której pływała, zniknął błysk przejrzystości, który przypominał mu o jej uśmiechu. W jego miejsce pojawiło się coś szorstkiego, chemicznego, niemal wrogiego. Przez chwilę ogarnęły go wątpliwości.
Czy to było zbyt wiele? Czy zbeształaby go za to, powiedziała, że przesadza? Szepnął w noc, jakby wciąż mogła go słuchać. “Ostrzegłem ich. Ostrzegałem. Jeśli teraz tam wejdą, to będzie ich wybór, nie mój

Potarł dłonie o spodnie, niespokojny. Wiedział, co może zrobić wybielacz i chlor – zniszczyć tkaninę, sprawić, że włosy staną się kruche i blade. Nie były śmiertelne, chyba że ktoś był na tyle lekkomyślny, by je wypić, ale wystarczająco okrutne, by je zabrudzić. Nie chciał okrucieństwa. Chciał tylko spokoju.
Ale spokoju mu odmówiono. Zignorowano każde uprzejme słowo, zignorowano każdą prośbę. Powiedział sobie jeszcze raz, tym razem mocniej: “Zrobiłem, co mogłem. Jeśli nie uszanują ostrzeżenia, to ich wina” Mimo to, długo po tym, jak powinien był wejść do środka, Arthur pozostał na patio.

Usiadł na krześle, na którym suszyła włosy na słońcu, wpatrując się w niespokojną wodę, podczas gdy pompa szumiała. Zapach wybielacza unosił się w nocnym powietrzu. W końcu, wyczerpany, szepnął dobranoc jej wspomnieniu i wszedł do środka, a echo jego własnych kroków było jedynym dźwiękiem, jaki pozostał w domu.
Arthur obudził się wcześniej niż zwykle, słabe światło świtu prześlizgnęło się przez zasłony. Przez chwilę leżał nieruchomo, wsłuchując się w cichy szum domu. Potem wspomnienie tego, co zrobił, wyrwało go z łóżka. Szybko się ubrał, zaparzył herbatę i wyszedł na patio.

Basen przywitał go ostrym, nowym zapachem. Nawet w chłodnym porannym powietrzu, posmak chloru i wybielacza przylgnął do jego gardła, wystarczająco ostry, by szczypać go w nos. Sama woda wyglądała dziwnie, jakby nie należała już do jego podwórka – nieprzezroczysta, niespokojna, z nikłymi bąbelkami przylegającymi do powierzchni, gdzie wciąż obracała się pompa.
Arthur stanął na brzegu, chwytając kij skimmera jak laskę. Powtarzał sobie, że to konieczne. Że dał ostrzeżenie. Zrobił wszystko, co mógł zrobić rozsądny człowiek. Mimo to żołądek mu się skręcił.

Wyobrażał sobie, jak znów wślizgują się do wody, beztroscy i roześmiani, nieświadomi tego, co woda im zabierze. Godziny mijały powoli. Arthur zerkał przez okno za każdym razem, gdy wchodził do środka, nie mogąc skupić się na książce otwartej na kolanach lub herbacie stygnącej na krześle.
W połowie poranka chodził po domu, nasłuchując dźwięków za żywopłotem. Każdy okrzyk śmiechu niesiony przez bryzę sprawiał, że jego klatka piersiowa się zaciskała. W południe był już pewien, że to się stało. Muzyka sąsiadów była głośniejsza niż zwykle, a ich głosy podniesione, ostre i gorące.

Podszedł do okna z walącym sercem i zobaczył ich na podjeździe. Na początku zamrugał, pewien, że oczy go zwodzą. Ale nie – włosy męża, niegdyś ciemne, były usiane nierównymi blond plamami, jaskrawymi w słońcu.
Żona nie wyglądała lepiej. Jej włosy były plątaniną pomarańczy i żółci, chemicznym bałaganem, który zdawał się świecić na tle jej wściekłej twarzy. Arthur przycisnął dłoń do szyby, oddech uwiązł mu w gardle.

Weszli do środka. Po wszystkich jego ostrzeżeniach, po wszystkich jego wysiłkach, by uniknąć tej chwili, i tak weszli. A teraz, bez wątpienia, woda ich naznaczyła. Pukanie rozległo się mocno, trzy razy w krótkim odstępie czasu, grzechocząc o framugę.
Zanim Arthur zdążył dosięgnąć drzwi, rozległy się głosy – gniewne, głośne, niemożliwe do zignorowania. Otworzył je powoli, by znaleźć swoich sąsiadów na schodach, z twarzami wykrzywionymi wściekłością, ich zniszczone włosy lśniły w słońcu jak jakiś okrutny żart.

“Spójrz na to!” – warknęła żona, wskazując palcem na swoje potargane włosy. “Co ty, do cholery, wrzuciłaś do tego basenu? Arthur początkowo nic nie powiedział, a jego oczy przeniosły się z niej na męża, którego ciemne włosy zmieniły się w nierówne blond plamy.
Widok mógłby być komiczny, gdyby nie ich wściekłość. “Próbowałaś nas otruć – krzyknął mąż. “Masz pojęcie, co zrobiłeś? Arthur przytrzymał ich spojrzenie, spokojne, ale ciężkie. “Mówiłem, że czyściłem basen.

Ostrzegałem, że woda nie jest bezpieczna. Jeśli po tym weszliście do basenu, to nie możecie winić nikogo poza sobą” Żona zaśmiała się ostro. “Myślisz, że to zabawne? Myślisz, że możesz wlać tam co chcesz i ujdzie ci to na sucho? Dzwonimy na policję
“Proszę – powiedział cicho Arthur, wchodząc z powrotem do domu. Kilka minut później podjechał radiowóz, światła migały na tle żywopłotu. Sąsiedzi rzucili się naprzód, podnosząc głosy, rzucając swoje poplamione włosy w stronę funkcjonariuszy jak dowody potępienia.

“Wylał wybielacz do basenu – spójrz na nas! “On jest niebezpieczny! Próbuje nas skrzywdzić!” Funkcjonariusze zwrócili się do Arthura, który stał spokojnie przy bramie. “Czy zechciałby pan wyjaśnić, co się dzieje? – zapytał ostrożnie jeden z nich. Arthur skinął głową.
W jego głosie brzmiał spokój człowieka, który przez całe życie uczył zasad. “Woda była brudna. Pompa była zatkana śmieciami. Ostrzegłem ich, że szokuję basen i że nie będzie to bezpieczne. Mimo to zdecydowali się wejść”

Policjanci patrzyli między sobą, sąsiedzi dyszeli, Arthur był spokojny i niewzruszony. W końcu jeden z funkcjonariuszy zapytał: “Czy on cię ostrzegał?” Żona zawahała się, po czym rzuciła: “Ma obsesję na punkcie tego basenu. Zawsze nas o niego dręczy.
Wspomniał, że basen jest brudny – myśleliśmy, że po prostu bredzi” Arthur złożył ręce. “Więc przyznajesz, że tam wszedłeś Zapadła cisza, przerywana jedynie warkotem wozu patrolowego. Funkcjonariusze wymienili spojrzenia, po czym westchnęli.

“Wtargnięcie to wciąż wtargnięcie. Zostałeś ostrzeżony. Ma pełne prawo do korzystania ze swojego basenu” Sąsiedzi zaczęli protestować, ale ich słowa były teraz puste, a poplamione włosy zdradzały każde zaprzeczenie. Arthur stał cicho, słaby chemiczny posmak wciąż unosił się z wody za nim.
Głos żony pękał z wściekłości. “Nie rozumiesz – tam, skąd pochodzimy, sąsiedzi dzielą się wszystkim. Baseny, ogrody, posiłki. Tak powinno być. Myśleliśmy, że jesteśmy tu mile widziani Wskazała palcem na Arthura, a jej słowa zaczęły padać szybciej i ostrzej.

“A teraz spójrz na nas! Upokorzył nas!” Mąż kontynuował, jego ton wzrósł niemal do jęku. “Nikogo nie skrzywdziliśmy. To stary człowiek, który ma za dużo czasu na głowie, a teraz otruł nas tylko za to, że użyliśmy wody, w której nawet nie był
Oficerowie poruszyli się niezręcznie, ale ich miny pozostały niewzruszone. Jeden z nich podniósł rękę. “Przyznałeś się do wejścia na jego teren bez pozwolenia. To jest wtargnięcie, bez względu na to, jak to się przedstawia. Powiedział ci też, że wcześniej wyczyści basen. To nie jego wina

Arthur w końcu wystąpił naprzód. Jego głos był niski, spokojny, a każde słowo rozważne. “Nie możesz decydować o tym, co należy do mnie. Moja żona kochała ten basen. Utrzymywałem go w czystości każdego dnia, odkąd odeszła. A ty – jego oczy zwęziły się, skupiając na nich obojgu – zamieniłeś go w swój plac zabaw. Grzecznie poprosiłem. Ostrzegałem. A i tak kłamaliście i śmialiście się, kiedy po was sprzątałem
Sąsiedzi wzdrygnęli się, ale nic nie powiedzieli. Ich brawura osłabła pod jego spojrzeniem. Policjant obok niego odchrząknął. “To ostatnie ostrzeżenie. Nie zbliżajcie się do jego posesji. Jeśli jeszcze raz tam wejdziecie, zostaniecie oskarżeni”

Para splunęła, mruknęła pod nosem, po czym zawróciła w kierunku swojego domu, a ich jaskrawe, poplamione włosy zalśniły w popołudniowym słońcu. Arthur pozostał przy bramie, dopóki ich głosy nie zniknęły za żywopłotem.
Dopiero wtedy wyszedł z powrotem na patio, a basen ucichł za nim. Chemiczny posmak wciąż unosił się w powietrzu, ale po raz pierwszy od tygodni cisza znów była jego – nie pusta, nie ciężka, ale zasłużona.

Tego wieczoru dom znów był cichy. Arthur poruszał się powoli po patio, płucząc skimmer, sprawdzając pompę, mierząc równowagę wody. Ostry posmak wybielacza zaczął już zanikać, a basen z powrotem stał się przejrzysty i rozpoznawalny. Zanurzył rękę w wodzie, czując, jak chłodne fale przesuwają się po jego skórze.
Po raz pierwszy od tygodni nie było żadnych opakowań, butelek ani śladów stóp. Tylko basen, cichy i posłuszny, czekający na jego opiekę. Odłożył zestaw chemikaliów na bok i usiadł na krześle, które jego żona zajmowała po pływaniu.

Zachodzące słońce oświetliło wodę, złocąc jej powierzchnię ogniem i przez chwilę wyglądała prawie tak, jak wtedy, gdy tu była. Arthur odchylił się do tyłu, zamykając oczy. “Znowu jest czysto – wyszeptał, jakby dziewczyna wciąż go słuchała.
Jego głos zachwiał się, ale ustabilizował, gdy dodał: – Dotrzymałem obietnicy Cisza, która odpowiedziała, była tym razem łagodna, nie pusta, ale pełna. I w tym bezruchu, z basenem przywróconym do porządku, Arthur w końcu poczuł, jak opada z niego ciężar.
